Nie będę udawać, że wybór Splendor Marvel był u nas wynikiem wielogodzinnych analiz mechaniki, porównywania wersji i czytania dziesiątek opinii. Prawda jest znacznie prostsza - mamy słabość do Marvela.
Do tego stopnia, że mieszkają z nami dwa koty i pies, a każde z nich nosi imię jednego z nordyckich bogów – Hel, Freya i Loki. Jak łatwo się domyślić,całkiem dobrze odnalazły się one również w świecie marvelowskich filmów i komiksów.
Kiedy więc przyszło do wyboru między klasycznym Splendorem a wersją pełną znanych bohaterów i złoczyńców… no cóż. Czy my naprawdę mieliśmy jakiś wybór?
Kupiliśmy Splendor Marvel.
I szczerze? Przypadł nam do gustu bardziej niż oryginał. Nie dlatego, że nagle dostaliśmy grę całkowicie inną i rewolucyjną. Rdzeń rozgrywki nadal opiera się na zbieraniu żetonów, zdobywaniu kart i stopniowym budowaniu coraz większych możliwości. Tylko że dla nas postacie naprawdę robią różnicę. Bo karta przestaje być wyłącznie zbiorem symboli, bonusów i punktów, kiedy patrzy z niej bohater, którego znasz i lubisz.
A potem do stołu zasiedli z nami moi rodzice. I zaczeła się prawdziwa „Wojna bez granic”. ;)
Komponenty i wykonanie
Po otwarciu pudełka Splendor Marvel od razu pokazuje swój charakter. Jest kolorowo, komiksowo i bardzo wyraźnie czuć tu obecność znanego uniwersum.
Największą część zawartości stanowią oczywiście karty postaci, podzielone na poziomy. Znajdziemy na nich bohaterów i złoczyńców znanych z filmów i komiksów Marvela. Karty są czytelne, a najważniejsze informacje – koszt zdobycia, zapewniany bonus czy liczba punktów – łatwe do odnalezienia. Przy większej liczbie osób ma to znaczenie, bo wspólna oferta kart cały czas się zmienia i dobrze, że nie trzeba długo szukać potrzebnych symboli.
Same ilustracje są wyraziste i mocno osadzone w komiksowym klimacie. Jedne podobają mi się bardziej, inne mniej, ale całość jest spójna i zdecydowanie przyciąga wzrok fanów uniwersum. Postacie nie giną pod nadmiarem ikon, a układ kart pozostaje funkcjonalny.
Do tego dochodzą ciężkie, solidne żetony zasobów. I tutaj nie mam większych zastrzeżeń – bardzo dobrze leżą w dłoni, przyjemnie się nimi operuje i po wielu rozgrywkach nadal uważam je za jeden z najmocniejszych elementów wykonania. To nie są lekkie kartoniki, które przesuwają się przy każdym ruchu ręką. Mają odpowiednią wagę i zwyczajnie dają przyjemne poczucie obcowania z porządnym komponentem.
W pudełku znajdziemy również pozostałe elementy potrzebne do rozgrywki, związane między innymi z dodatkowymi wymaganiami zwycięstwa charakterystycznymi dla tej wersji. Wszystko jest czytelne i spełnia swoją funkcję, choć to właśnie karty oraz żetony grają tutaj pierwsze skrzypce.
W pudełku znajdziemy również plastikową wypraskę, która pomaga uporządkować wszystkie elementy. Karty i żetony mają swoje miejsce, dzięki czemu po zakończonej partii całość można szybko schować bez układania wszystkiego na nowo. Jest tylko jedno „ale”. Wypraska sprawdza się dobrze, dopóki pudełko przechowujemy poziomo. Po ustawieniu gry pionowo na półce elementy potrafią opuścić swoje miejsca i po ponownym otwarciu pudełka zastajemy już znacznie mniej uporządkowany widok. Szkoda, bo sama wypraska jest naprawdę przydatna i dobrze mieści zawartość – po prostu nie radzi sobie najlepiej z pionowym przechowywaniem gry.
Pod względem wykonania Splendor Marvel wypada bardzo dobrze. Komponenty są solidne, ikonografia czytelna, a całość po wielu partiach nadal dobrze znosi regularne granie.
I oczywiście nie będę udawać, że temat nie ma dla mnie znaczenia. Ma. Graliśmy również w klasycznego Splendora, ale to właśnie tutaj znani bohaterowie sprawiają, że karty budzą dodatkowe emocje. Mechanicznie symbol nadal pozostaje symbolem, ale czasem człowiek patrzy na ulubioną postać i po prostu myśli: „O nie. Tego właśnie chcę.”
Zasady rozgrywki
Podstawy Splendor Marvel są bardzo przystępne. W swojej turze zbieramy żetony, zdobywamy dostępne karty albo rezerwujemy jedną z nich na później. Pozyskiwane postacie zapewniają stałe bonusy, dzięki którym kolejne zakupy stają się łatwiejsze.
Na początku nasze możliwości są niewielkie. Zbieramy zasoby, przyglądamy się dostępnej ofercie i próbujemy zdecydować, w którą stronę rozwijać swój układ. Z czasem sytuacja się zmienia. Każda zdobyta karta może obniżyć koszt kolejnych zakupów, więc stopniowo budujemy coraz sprawniej działające zaplecze. To właśnie ten rozwój jest jednym z najbardziej satysfakcjonujących elementów gry – z każdą kolejną turą możemy pozwolić sobie na więcej i zaczynamy sięgać po coraz cenniejsze karty.
Samo zbieranie punktów nie wystarczy jednak do zwycięstwa. Aby uruchomić koniec gry, trzeba zdobyć co najmniej 16 punktów nieskończoności, posiadać przynajmniej po jednym bonusie każdego koloru oraz zielony znacznik Kamienia Czasu. Ten ostatni zdobywamy po zwerbowaniu pierwszej postaci z odpowiednim symbolem – pojawia się on na kartach trzeciego poziomu. I bardzo lubię ten warunek, bo nie pozwala całkowicie zamknąć się w jednym wygodnym kierunku rozwoju. Można mieć sporo punktów i świetnie działający układ, ale jeśli zabraknie któregoś koloru albo Kamienia Czasu, nadal nie spełniamy warunków zwycięstwa. Dzięki temu końcówka potrafi zrobić się naprawdę nerwowa. Szczególnie gdy wszyscy już widzą, czego dokładnie Ci brakuje.
Wspólna oferta kart ma tutaj ogromne znaczenie. Każdy widzi, co leży na stole. Każdy może obserwować, jakie bonusy zbierają pozostali gracze. I każdy może mniej więcej domyślić się, na co poluje przeciwnik.
Dlatego Splendor Marvel, mimo prostych zasad, nie jest dla mnie bezmyślnym zbieraniem żetonów. Trzeba patrzeć nie tylko na własny układ. Trzeba też patrzeć na innych. I czasem reagować, zanim będzie za późno.
Wrażenia z rozgrywki
To, co najbardziej lubię w Splendor Marvel, to połączenie bardzo prostych zasad z decyzjami, które naprawdę potrafią dawać satysfakcję. Nie jest to ciężka strategia. Nie będziemy tutaj planować kilkunastu ruchów naprzód ani budować skomplikowanych zależności przez kilka godzin.
A jednak trudno powiedzieć, że podczas gry nie ma nad czym myśleć. Cały czas trzeba decydować, które zasoby są nam potrzebne, w co warto inwestować i miec opcje b bo karta, na którą właśnie zbieramy, może być już nie dostępna, kiedy przyjdzie nasza kolej. Bo największy problem polega na tym, że… inni gracze wszystko widzą. I właśnie wspólny rynek kart jest dla mnie jednym z najmocniejszych elementów tej gry. To on sprawia, że nawet przy prostych zasadach cały czas obserwujemy sytuację przy stole. Sprawdzamy, kto zbiera jakie kolory. Kto zbliża się do zakupu droższej karty. Kto zaczyna rozwijać się podejrzanie szybko. Wystarczy, że kilka osób zainteresuje się tą samą kartą, i nagle spokojne zbieranie żetonów zamienia się w wyścig. A potem ktoś bierze ją turę przed nami. I tak – u nas pojawiają się wtedy śmiechy, krzyki i wzajemne oskarżenia o wyjątkowo podłe zagrania. Ale właśnie te emocje nie biorą się znikąd. Wynikają z konstrukcji gry.
Możliwość rezerwowania kart dodatkowo podkręca tę rywalizację. Oczywiście można zachować kartę dlatego, że sami planujemy zdobyć ją później. Można też.. zarezerwować ją tylko dlatego, że ktoś inny potrzebuje jej bardziej. Czy to zawsze najlepszy ruch strategiczny? Niekoniecznie. Czy daje satysfakcję? Ogromną.
I właśnie tutaj dochodzę do rzeczy, która moim zdaniem bardzo dobrze świadczy o samej grze: Splendor Marvel zostawia miejsce na różne style grania.
Najlepszym przykładem są dla mnie moi rodzice.
Mój tata gra ofensywnie. Obserwuje, liczy cudze zasoby i jest bezapelacyjnie najbardziej wrednym przeciwnikiem, z jakim kiedykolwiek grałam w tę grę. Jeśli może zabrać albo zarezerwować kartę, na której komuś zależy, istnieje duża szansa, że właśnie to zrobi. Czeka. Obserwuje. A potem rozwala komuś cały plan. I jeszcze wygląda przy tym tak, jakby absolutnie nie rozumiał, dlaczego wszyscy mają do niego pretensje.
Moja mama jest jego całkowitym przeciwieństwem. Gra po cichutku. Spokojnie. Niemal niezauważalnie. My w tym czasie podbieramy sobie karty, blokujemy plany, pilnujemy taty i krzyczymy, że ktoś właśnie rozwalił nam coś na co pracowaliśmy od paru tur..A mama? Mama sobie gra. Po cichutku. A potem nagle oznajmia, że dziękuje za rozgrywkę, bo właśnie spełniła wymagania zwycięstwa. I zostawia nas z dość nietęgimi minami. „Ale… kiedy ona to zrobiła?”
I właśnie to bardzo lubię w Splendor Marvel. Zasady są proste, ale nie narzucają jednego sposobu grania. Można cierpliwie budować własne zaplecze, uważnie obserwować przeciwników, polować na konkretne karty albo wykorzystywać rezerwację do blokowania cudzych planów. Gra nie jest ciężka ani wyjątkowo głęboka, ale daje wystarczająco dużo decyzji, żeby kolejne partie nie sprowadzały się do mechanicznego zbierania żetonów.
Co ważne, dobrze działa również w różnym składzie. Chociaż czym mniej osób tym mniej emocji. My najczęściej gramy w cztery osoby i nie mam poczucia, że rozgrywka zaczyna się wtedy ciągnąć. Tury są krótkie, decyzje zazwyczaj konkretne, a ponieważ cały czas obserwujemy wspólną pulę kart i działania przeciwników, trudno całkowicie wyłączyć się między własnymi ruchami.
Przy naszym stole regularnie spotykają się trzy pokolenia : Gra nasza 10-latka.Gramy my. Grają moi rodzice. I nasza córka nie potrzebuje żadnej taryfy ulgowej.Spokojnie potrafi wygrać z dorosłymi. Dla mnie to jeden z największych atutów tej gry: jest przystępna, ale nie infantylna. Dziecko może zrozumieć zasady i realnie rywalizować, a dorośli nadal mają co obserwować, planować i komu przeszkadzać.
I chyba właśnie dlatego Splendor Marvel tak dobrze utrzymał się u nas przez lata. Nie jest najbardziej skomplikowaną grą na półce. Nie jest najbardziej strategiczną. Ale jest szybki, płynny, przystępny i daje wystarczająco dużo przestrzeni na własny sposób grania. Do tego wersja Marvel wnosi coś, czego nie dał nam klasyczny Splendor – dodatkowe emocje związane z samymi postaciami.
Z jakiegoś powodu szczególnie pożądana jest u nas karta związana z Avengersami. Nie wiem dlaczego. Naprawdę. Ale kiedy pojawia się możliwość jej zdobycia, nagle większość stołu odkrywa, że właśnie to było celem całej ich strategii.
Ja z kolei mam swoją słabość do Strażników Galaktyki. I choć mój ambitny plan zebrania ich wszystkich nigdy się nie udał, najwyraźniej nie nauczyło mnie to absolutnie niczego.
Bo właśnie na tym polega różnica między klasycznym Splendorem a wersją Marvel w naszym odbiorze. Mechanicznie znajdziemy tu ten sam rdzeń. Ale emocjonalnie? - Dla fana uniwersum karta potrafi być czymś więcej niż tylko bonusem potrzebnym do dalszego rozwoju. Czasem po prostu chcesz tego bohatera. I już.
Czy Splendor Marvel ma wady? Oczywiście. Osoby szukające głębokiej strategii mogą szybko poczuć niedosyt. Losowy układ dostępnych kart potrafi pokrzyżować plan, a jeśli ktoś nie lubi podbierania, blokowania i ciągłego obserwowania wspólnego rynku, część uroku gry zwyczajnie może do niego nie trafić.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że dla osoby zupełnie niezainteresowanej Marvelem ta wersja nie musi być bardziej atrakcyjna od klasycznej. U nas temat robi ogromną robotę. U kogoś innego może nie zrobić żadnej.
Plusy i minusy
➕ Plusy
- proste i szybko przyswajalne zasady,
- płynna rozgrywka bez dużych przestojów,
- bardzo dobre tempo również w większym składzie,
- satysfakcjonujące budowanie coraz większych możliwości,
- wspólny rynek kart zachęca do obserwowania przeciwników,
- rezerwowanie i podbieranie kart daje sporo emocji,
- różne style grania mogą prowadzić do zwycięstwa,
- przystępna dla młodszych graczy, ale nie infantylna,
- dobrze sprawdza się przy międzypokoleniowym stole,
- motyw Marvela dodaje kartom charakteru i emocji,
- ciężkie żetony są bardzo przyjemne w użyciu,
- kolejne partie zachowują świeżość dzięki zmiennej ofercie kart i decyzjom graczy.
➖ Minusy
- dla fanów ciężkich strategii może być zbyt lekka,
- układ dostępnych kart potrafi pokrzyżować plan,
- złośliwe blokowanie i podbieranie nie każdemu przypadnie do gustu,
- osoby niezainteresowane uniwersum Marvela mogą nie odczuć przewagi tej wersji nad klasycznym Splendorem,
- po latach coraz trudniej wygrywać, kiedy cała rodzina nauczyła się grać. 😅
Ocena końcowa
Kupiliśmy Splendor Marvel, bo lubimy Marvela. Naprawdę nie ma tu bardziej skomplikowanej historii.
Znaliśmy klasycznego Splendora, ale to właśnie wersja z bohaterami i złoczyńcami bardziej do nas przemówiła. Po latach wiem jednak, że same postacie nie wystarczyłyby, żeby gra nadal wracała na stół. Bo pod marvelowską oprawą kryje się po prostu bardzo dobra, przystępna gra rodzinna, która ma proste zasady, dobre tempo i wystarczająco dużo decyzji, żeby nie nudzić po kilku partiach. Pozwala budować własny plan, ale jednocześnie zmusza do obserwowania wspólnego rynku i reagowania na ruchy innych.
Nie jest ciężka. Nie jest przesadnie głęboka. Nie próbuje być wielką strategią. I bardzo dobrze.
Ale muszę tutaj zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz - ja uwielbiam Splendor Marvel przede wszystkim jako grę rodzinną. Taką do lekkiej kłótni. Małej pyskówki. Do wkurzenia się na kogoś, kto właśnie sprzątnął nam kartę sprzed nosa, i do celowego zarezerwowania czegoś tylko dlatego, że widzimy, jak bardzo potrzebuje tego druga osoba.
Lubię te nasze: „No chyba żartujesz?!” „Przecież widziałeś, że na to zbieram!” „Po co ci ta karta?!” i oczywiście niewinne: „Ja? Przecież ja tylko gram.” 😇
Lubię to lekkie wkurzanie siebie nawzajem. Te komentarze rzucane przez stół. Śmiech. Oskarżenia o rozwalenie całego planu. Minę osoby, której właśnie zabrano kartę, na którą zbierała od kilku tur. A najbardziej lubię to, że bez względu na wszystkie te drobne złośliwości i pyskówki, na końcu i tak potrafimy przybić piątkę osobie, która wygrała. Oczywiście najczęściej dorzucając jej jeszcze jakiś kąśliwy tekst na drogę.
I właśnie w takim składzie Splendor Marvel działa dla mnie najlepiej. Rodzinnie. Głośno. Z emocjami. Z kilkoma osobami przy stole, z których każda ma własny plan i każda może w dowolnym momencie wejść komuś w drogę.
Bo prawda jest taka, że we dwoje z mężem sięgamy po tę grę dość rzadko. Nie dlatego, że mechanicznie przestaje działać. Nadal można zbierać żetony, rozwijać bonusy, obserwować przeciwnika i walczyć o karty. Tylko że dla mnie znika wtedy spora część tego, co w tej grze najlepsze. Nie ma tylu osób polujących na wspólną ofertę. Nie ma tego samego chaosu. Nie ma tylu zderzających się planów. I przede wszystkim – nie ma tych samych emocji.
Dlatego nie chcę udawać, że Splendor Marvel jest dla mnie grą bez skazy, która w każdym składzie daje dokładnie tyle samo frajdy. Nie daje.
W naszym przypadku rozkwita dopiero przy rodzinnym stole.Bo dzięki temu potrafi usiąść przy niej 10-latka, jej rodzice i dziadkowie – a każde z nich może grać po swojemu i każde może wygrać. Nasze rodzinne historie są dla mnie tylko potwierdzeniem tego, co ta gra robi dobrze. Przy niej przy stole nikt nie czuje, że ta gra jest „nie dla niego”. To chyba największy komplement, jaki mogę dać dobrej grze rodzinnej.
Ocena w kategorii gry rodzinne: 8/10 Splendor Marvel nie został z nami wyłącznie dlatego, że lubimy to uniwersum. Został, bo jest szybki, płynny, emocjonujący i zwyczajnie dobrze działa. Splendor Marvel to świetna gra rodzinna, która u mnie potrzebuje odpowiedniego stołu, żeby pokazać pełnię możliwości.
Twórca : Marc André
Wydawnictwo Rebel
Czas gry: ok. 30 minut
Liczba graczy: 2–4 osoby
Wiek: 10 +
Dodaj komentarz
Komentarze